Artykuł sponsorowany
Dlaczego końcowy koszt sprowadzenia auta z Japonii zależy od odcinka po porcie

Dealer samochodowy z Polski licytuje partię pojazdów na aukcji USS w Tokio. Zna cenę licytacji, dolicza fracht morski do Rotterdamu i zakłada, że w pełni kontroluje budżet. Dopiero rachunek za logistykę na terenie Europy ujawnia ukryte wydatki, które potrafią znacznie uszczuplić zakładaną marżę. Zrozumienie pełnej struktury wydatków to fundament zyskownego biznesu w motoryzacji. Prawdziwa weryfikacja biznesplanu następuje z dala od azjatyckich portów, najczęściej dopiero na europejskich autostradach.
Struktura kosztów importu aut z Japonii
Proces sprowadzania pojazdów z Azji wymaga uwzględnienia wielu zmiennych. Podstawą jest kwota zakupu na japońskiej aukcji. Przed licytacją konieczne jest wniesienie depozytu, a samo auto przechodzi rygorystyczną inspekcję techniczną. Do ostatecznej kwoty należy doliczyć prowizję domu aukcyjnego wynoszącą około pięciu procent wartości oraz stałą opłatę operacyjną w wysokości 70 tysięcy jenów. Następnym krokiem jest lądowy transport do portu w Kobe lub Yokohamie. Fracht morski do Europy kosztuje zazwyczaj 1500 dolarów za pojazd w systemie RoRo. Niezbędne jest także wykupienie ubezpieczenia chroniącego ładunek w trasie przez ocean.
Gdy statek cumuje w europejskim porcie, takim jak Rotterdam czy Bremerhaven, przedsiębiorca musi uregulować opłaty portowe. Samo rozładowanie jednostki i magazynowanie na terminalu przez kilka dni generuje kolejne rachunki do opłacenia. Następnie odbywa się odprawa, a pojazd zostaje obciążony cłem wynoszącym 10 procent jego wartości bazowej. W Polsce doliczana jest jeszcze akcyza. Wynosi ona 3,1 procent dla silników o pojemności poniżej dwóch litrów oraz 18,6 procent dla większych jednostek. Należy również zapłacić 23 procent podatku VAT od sumy wartości celnej, a także pokryć opłaty za tłumaczenia dokumentów i obowiązkowe badania techniczne.
Na końcu pozostaje uregulować rachunek za przewóz z terminala na plac dealera. Gdy w grę wchodzi import aut z japonii koszty te potrafią mocno zachwiać początkowym kosztorysem. Przewóz pojedynczego samochodu z Bremerhaven wycenia się na około 1200 złotych. W przypadku Rotterdamu stawka rośnie nawet do 2500 złotych. Właśnie na tym odcinku wydatki mogą nieoczekiwanie wzrosnąć o tysiące złotych. Różnice wynikają z odległości, opłat drogowych w poszczególnych krajach tranzytowych oraz aktualnej dostępności przewoźników.
Dlaczego odcinek po porcie decyduje o opłacalności
Dla partii dziesięciu pojazdów odbieranych z Rotterdamu transport lądowy do centralnej Polski pochłania często kilkanaście procent całkowitego budżetu. Zły wybór trasy lub nieodpowiedni układ logistyczny potrafią odczuwalnie obniżyć ostateczną marżę z całej operacji. Dealerzy ignorujący ten etap planowania szybko znajdują się w trudnym położeniu. Tracą pozycję wobec podmiotów sprowadzających auta z rynków wewnętrznych, gdzie dystans jest znacznie krótszy, a stawki frachtu lądowego przewidywalne. Dla mniejszych firm każdy dodatkowy tysiąc złotych wydany na autostradach zmniejsza konkurencyjność na lokalnym rynku sprzedaży.
Zdarza się, że pojazdy wylicytowane w niższej cenie bazowej stają się trudne do zyskownej odsprzedaży. Dzieje się tak po doliczeniu rachunków związanych z przewozem kołowym na terytorium Unii Europejskiej. Zamrożony kapitał blokuje płynność finansową przedsiębiorstwa, uniemożliwiając zakup kolejnych partii towaru. Odcinek logistyczny od wyjazdu z terminala do siedziby firmy przesuwa granicę opłacalności całego przedsięwzięcia. Fracht morski pozostaje stały, podatki można z góry wyliczyć, ale transport drogowy zależy od terminowości odbiorów i płynności odpraw.
Parametry zmieniające finalny koszt sprowadzenia
Największy wpływ na wycenę usługi ma liczba zamawianych samochodów. Przy jednym pojeździe wiezionym z Rotterdamu na Lubelszczyznę trzeba liczyć się ze sporym wydatkiem jednostkowym. Jednak przy pełnej lawecie ładunku stawka zauważalnie maleje dzięki zastosowaniu ekonomii skali. Miejsce rozładunku statku również silnie modyfikuje wycenę dostawy. Odbiór aut z portu Bremerhaven jest tańszy niż z Rotterdamu ze względu na mniejszą odległość od granicy i mniejszą liczbę kilometrów tranzytowych.
Typ pojazdu to kolejny parametr bezpośrednio dyktujący cenę. Duże samochody typu SUV oraz auta dostawcze zajmują więcej przestrzeni załadunkowej. Nierzadko wiąże się to z dopłatą rzędu kilkudziesięciu procent. Większe i cięższe modele wymagają zestawów o podwyższonej ładowności, co komplikuje znalezienie wolnego terminu. Odpowiednia konsolidacja ładunków pozwala łączyć auta z różnych licytacji w jednym transporcie. Taki zabieg skutecznie obniża koszt jednostkowy dostawy i poprawia parametry budżetowe.
W logistyce lądowej kluczowa jest flota spełniająca restrykcyjne normy emisji spalin. Pojazdy marek Scania czy Mercedes-Benz pozwalają na wjazd do stref ekologicznych na terytorium całej Unii Europejskiej bez dodatkowych kar. Przedsiębiorstwa transportowe, do których należy spółka TOPCAR TRANSPORT z Łomaz, obsługują dealerów realizując międzynarodowy przewóz ładunków odbieranych prosto z terminali. Stała współpraca z wykonawcą pozwala precyzyjnie zaplanować harmonogram rozładunku na placu docelowym.
Budżet przeznaczony na licytację i fracht oceaniczny to zaledwie fundament kalkulacji. Aby wprowadzić pojazd do stałej oferty, trzeba zarezerwować oddzielne środki na terminowe sprowadzenie go z portu. Mieszanie tych dwóch puli pieniężnych często kończy się przeszacowaniem zysków lub uciążliwymi przestojami na placach przeładunkowych. Rozdzielenie kosztów zakupu od nakładów na logistykę drogową pozwala budować stabilny biznes motoryzacyjny. To jedyna metoda chroniąca przedsiębiorcę przed nieoczekiwanymi rachunkami na finiszu całego łańcucha dostaw.



